Ilustruję uparcie

Chcąc być jednak bardziej precyzyjnym, powinienem napisać nie „w końcu”, a raczej „znowu”, gdyż na przeszkodzie zawsze stawały jakieś pilniejsze sprawy i ambitne plany przychodziło mi co chwilę porzucać.
Zostawiałem więc cały ten rozgrzebany bałagan i zajmowałem czym innym. Później do owego bałaganu wracałem, wywalałem to co wcześniej zrobiłem lub zaplanowałem zrobić (bo oczywiście koncepcja się zmieniała) i ów radosny cykl zaczynał się od nowa.
Najlepsze jest to, że spośród pomysłów jakie gniją od lat na dysku twardym mojego komputera, przezornie wybrałem do realizacji ten z pozoru najkrótszy, najprostszy i teoretycznie najłatwiejszy „do dowiezienia”. Plan był więc przebiegły i nie pozostawało nic innego jak brać się za robotę i wieźć. No to wiozłem. Wiozłem tak skutecznie, że moje pseudo-literackie wyskoki próbuję zilustrować już od dobrych dwóch lat (!!).
Żeby to jeszcze jakieś cuda skomplikowane były, jakaś cegła opasła z setkami rysunków, ale gdzie tam! "Łysek z pokładu Idy" to przy tym epopeja.
Wstyd, hańba i dramacik po prostu.
Tym razem jednak zebrałem się w sobie i dowiezę!
No, chyba że coś mi znowu wypadnie, pojawią się jakieś nagłe dedlajny z perspektywą na fajnego, solidnego fakapa, to wtedy nie dowiezę ;-)

Komentarze
Brak komentarzy...